Wiek nie gra roli

Iwona Oleksiuk-Toboła – ma 56 lat, z wykształcenia i zawodu jest psychologiem, psychoterapeutą, pracuje w ośrodku Intra w Warszawie. Zawód ma siedzący zatem kondycję musi sobie wypracowywać poza pracą. Iwona ma dwie córki, bliźniaczki, teraz prawie 16 letnie. Ma też dużego i cudownego psa Neskę. Gdyby była rentierem, to cały czas, poza byciem z córkami, przeznaczyłaby na stepowanie i spacery z psem po lesie.

Teresa Sadłecka – lekarz stomatolog, prowadzący prywatną praktykę. Pracuje społecznie w Okręgowej Izbie Lekarskiej, gdzie pełni funkcję rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Mama dwóch synów i babcia czwórki wspaniałych wnucząt. Ze starszą wnuczką, 10 letnią Gabrysią, mają w planach wspólny występ, podczas którego oczywiście będą stepować. Drugą pasją Teresy jest jej ogród i każdą wolną chwilę poświęca pielęgnacji i upiększaniu go.

Teresa Grajkowska urodzona warszawianka. Nigdy nie wykonywała zawodu wyuczonego, mimo że pracowała zawodowo całe aktywne życie. Obecnie jest na emeryturze i bardzo sobie ten stan chwali. Żona, matka dwóch synów, babcia trójki wnucząt.

Anula Kołakowska: Powiedz nam skąd się wzięło u Ciebie zainteresowanie stepowaniem? Kiedy to się dokładnie zaczęło i ile miałaś lat, jeśli możesz nam zdradzić, a ile masz teraz?

Iwona Oleksiuk-Toboła: Zawsze uprawiałam jakiś sport, od małego dziecka. W przedszkolu pływałam, w początkach szkoły podstawowej, przez 4 lata uprawiałam gimnastykę artystyczną. Potem, gdy przeprowadziliśmy się ze Śródmieścia na Mokotów czyli bliżej torów wyścigów konnych, zaczęłam jeździć konno, co robiłam nieprzerwanie do czasu studiów i to była i jest moja wielka miłość. Drugą moją miłością był taniec ale tu trudniej mi było się zrealizować. W mojej rodzinie pochodzeniowej taniec nie cieszył się poważaniem jak sport czy „prawdziwa” aktywność fizyczna. A niestety po podstawówce byłam już za stara, żeby o tym myśleć poważniej. Kiedy zaczęłam studiować, odkryłam, że jest sekcja tańca współczesnego w Akademickim Związku Sportowym. Poszłam na nabory i się dostałam. Tańczyłam w sekcji tyle, ile studiowałam. To był cudowny czas. Później przez kilkanaście lat trenowałam tai chi i kung fu. To co mnie pociągało w tym najbardziej, to choreografia form walki czyli taka ustalona sekwencja ruchów. Bardzo mi to przypominało układy taneczne. Potem urodziłam dzieci, bliźniaczki, więc własne rzeczy trzeba było odłożyć na bok, ponieważ brakowało czasu. Po jakimś czasie poczułam, że ogromnie tęsknię do ruchu ale nie jakiegokolwiek tylko tanecznego. Nie do np. tańca towarzyskiego, który podziwiam i z przyjemnością patrzę czasami na sprawność tancerzy towarzyskich, tylko do jakiejś innej formy tanecznej. Stepowanie ogromnie mnie pociągało, było połączeniem, w moim odczuciu, czegoś dzikiego z dyscypliną, wirtuozerią ruchów stopy. Kilka lat temu, chyba 7, trafiłam na wywiad z Jiriną Nowakowską w Wysokich Obcasach. To mnie zachęciło do pójścia do niej do szkoły. Tam byłam niecałe dwa lata i dotknięcie stepowania pozwoliło mi mocno poczuć, że bardzo chcę stepować, że w tej formie tańca jest coś uskrzydlającego. Interesując się stepowaniem coraz bardziej, trafiłam na Twoją szkołę…

Teresa Sadłecka: Szukałam jakiś technik tanecznych, gdzie można by było tańczyć indywidualnie. Ktoś mi powiedział o warsztatach stepowania w czasie wakacji. Miałam wtedy 56 lat i nie miałam zielonego pojęcia o tej technice, która zresztą zawsze bardzo mi się podobała. Po pierwszych warsztatach wróciłam załamana. Nie myślałam, że to jest takie trudne, a jednocześnie wzbudziło to we mnie chęć udowodnienia sobie, że nie powinnam się poddawać. Tak naprawdę moja nauka zaczęła się, gdy w roku 2011 poznałam Anulę. Spotykamy się regularnie 1-2 razy w miesiącu. Wynajmuję salę w Łodzi, Anula przyjeżdża z Warszawy, a ja 100 km z miejscowości oddalonej od Łodzi. Jak widać nie jest to taka prosta sprawa, ale stepowanie tak mnie wciągnęło, że nie jest to dla mnie przeszkodą.

Teresa Grajkowska: Mam 67 lat. Zawsze należałam do osób aktywnych. Rejsy żeglarskie, spływy kajakowe, wyprawy rowerowe, narciarstwo biegowe, to wszystko sprawiały mi dużo radości. Dwa lata temu, ze względów zdrowotnych, lekarz zakazał mi uprawiania sportu w terenie zimą. Musiałam więc poszukać jakiejś nowej aktywności pod dachem na okres jesienno – zimowy. Siłownia, fitness – to nie była moja bajka. I nagle… pstryk! Obejrzałam spektakl „ Usłyszeć taniec” i nie miałam już najmniejszych wątpliwości, co chciałabym robić. Tylko, czy potrafię? Czy to nie jest jedynie dla ludzi młodych? Ale jeśli nie sprawdzę, nigdy się nie dowiem! I tak to się zaczęło.

AK: Kiedy pierwszy raz zetknęłaś się ze stepowaniem? Czy w młodości miałaś jakikolwiek kontakt ze stepowaniem np. poprzez filmy, teatr itp.? 

IOT: Kontakt ze stepowaniem miałam tylko w filmach, starych, czarno -białych. Pamiętam, że żaden rodzaj tańca nie wywoływał we mnie takich silnych doznań i pragnienia, żeby to właśnie robić. Kilka lat po studiach pojechałam do Pragi, po prostu pobyć, pozwiedzać i zupełnie przypadkowo trafiłam na występujących na ulicy tancerzy, którzy stepowali. Nie mogłam przestać patrzeć a uczucie ekscytacji i pragnienia robienia tego znowu do mnie wróciło. Ale wtedy jeszcze nie szukałam sama aktywnie.

TS: Fred Astaire, Gene Kelly czy Eleanor Powell to nazwiska które są znane w świecie tancerzy stepujących, w młodości bardzo lubiłam oglądać filmy z ich udziałem i to był mój jedyny kontakt ze stepowaniem.

TG: Stepowanie, jako rodzaj tańca, znałam w zasadzie już od dzieciństwa, głównie z filmów amerykańskich. I nie mówię tu tylko o Fredzie Astaire, czy Ginger Rogers, ale o steperach czarnoskórych, których nieprawdopodobne poczucie rytmu i luz w tańcu najbardziej mnie zachwycały. Oczywiście był jeszcze rodzimy Andrzej Rosiewicz i Helena Vondraćkova z zaprzyjaźnionej Czechosłowacji.

AK: Jak zareagowało Twoje otoczenie na fakt, że zaczęłaś stepować? Wzbudza to zainteresowanie rodziny i znajomych?

IOT: Moja rodzina jest taneczna. Mam na myśli moje córki. One tańczą odkąd stanęły na nogach. Od 11 lat tańczą w zespole ludowym i to kochają. Poza tym same robią swoje choreografie, startują w turniejach tańców polskich. Taniec to ich życie. Bardzo je cieszy, że stepuję, pytają, są ciekawe, proszą, by coś pokazać, przychodzą na pokazy i się cieszą ze stepującej mamy. Natomiast same wolą swój ludowy taniec. To też jest fajne, że każda z nas woli swoje. Przyjaciele i znajomi też patrzą na to życzliwie, ale mam to szczęście, że żyję w bardzo życzliwym środowisku. Jeden z moich znajomych zaczął nawet mówić, że się przyłączy do początkujących stepujących.

TS: Wśród przyjaciół i znajomych moje zamiłowanie do stepowania budzi duże zainteresowanie i bardzo mi kibicują w tym co robię. Moi bliscy, to znaczy rodzina i przyjaciele, przyjeżdżają na każde moje występy, gdziekolwiek by były. Bardzo mnie to podbudowuje i zachęca do dalszej pracy.

TG: Rodzina, tzn. mąż, synowie z żonami, brat przyjęli mój pomysł z dużym zrozumieniem, a niektórzy nawet entuzjazmem. Ze znajomymi było już różnie. Jednym bardzo się to podobało, inni byli sceptyczni, jeszcze inni (choć nieliczni) do dziś upewniają się, czy nie zrobiłam sobie jakiejś krzywdy.

AK: Lubisz występować, kiedy jest do tego okazja, czy może na odwrót?

IOT: Bardzo ciekawe pytanie. Zawodowo pracuję z ludźmi od ponad 30 lat, prowadzę wykłady, zajęcia dla, bywa, dużej grupy ludzi. Nie mam tremy, lubię to. Występ stepowy to dla mnie strasznie trudne doświadczenie. Jak byłyśmy w Pilźnie na festiwalu, to łzy mi leciały ze zdenerwowania. Okropne. Ale wpisuję to w koszty tej ogromnej przyjemności, jaką daje mi stepowanie.

TS: Lubię występować, chociaż jest to zawsze bardzo stresujące. Jeszcze bardziej zmobilizował mnie do nauki fakt, jak moi koledzy z kabaretu przy Okręgowej Izbie Lekarskiej dowiedzieli się o moim stepowaniu i zaprosili mnie do udziału w tym kabarecie. Tak jest już 8 lat. Dwa razy do roku występuję w tym kabarecie i zawsze przygotowuję z moją nauczycielką, czyli Tobą, minimum dwie choreografie na pokaz.

TG: Nie jestem perfekcjonistką, ale cały czas mam poczucie, że jeszcze niewiele umiem, stąd pewnie nie szukam okazji do występów. Biorę udział w pokazach mojej grupy, lubię przygotowania, atmosferę towarzyszącą występom, ale efekty nie zawsze mnie zachwycają. Zdarzają się też przyjemności nieprzewidziane, takie jak ta, kiedy po występie przybiegł do mnie z kwiatami mój pięcioletni wówczas wnuk i powiedział, że było pięknie, a następnie zaraz po powrocie do domu wykonał rysunek, który zatytułował „Babcia stepuje”.

AK: Jako dojrzała osoba, jak odnajdujesz się w społeczności osób stepujących?

IOT: Raczej nie myślę o sobie w tych kategoriach. Po prostu stepuję razem z innymi i już. Mam dwa momenty, kiedy moja tzw. dojrzałość do mnie dochodzi: wtedy, gdy nie mam siły już po raz kolejny wykonać jakiegoś ćwiczenia. Wiek powoduje, że jestem słabsza, a inni uczestnicy grupy nadal robią, pomimo zmęczenia. Drugi moment jest wtedy, gdy czuję, że mogę komuś przeszkadzać z powodu braku sił, np. że ktoś może się obawiać, że gorzej zatańczę w układzie, bo zabraknie mi siły. Ale to może bardziej tylko mój lęk niż realność, bo nic takiego nigdy nie miało miejsca.

TS: Teraz mam 66 lat, a ten rodzaj tańca dodaje mi skrzydeł. Obecność młodych ludzi odmładza mnie i daje mi dużo inspiracji. Na warsztatach stepowania, w których staram się regularnie brać udział, zawsze jest świetna wręcz rodzinna atmosfera. Granica wieku znika, przynajmniej w moim przypadku, i świetnie dogaduję się z młodszymi.

TG: Bardzo dobrze! Nikt nie daje mi odczuć, że jestem z innej epoki, ale to najwyraźniej dobrze świadczy o wychowaniu młodych ludzi.

AK: Czy tańczyłaś wcześniej jakieś inne techniki tańca? 

IOT: Przez sześć lat tańczyłam w sekcji tańca współczesnego AZS, gdzie mieliśmy różne rodzaje tańca: od klasyki po taniec jazzowy. Jak jeździliśmy na letnie i zimowe zgrupowania, byli na nich też specjaliści od tych właśnie rodzajów tańca. Potem, chociaż sportu było zawsze dużo w moim życiu, to nie był to taniec. Tańczyłam w domu sama, robiąc mikro-choreografie. Bardzo to lubiłam i lubię. Uwielbiam musicale a patrzenie na dobrą choreografię to wielka przyjemność. Ponieważ moje córki też to lubią, to czasami jedziemy na spektakle muzyczne do innych miast. Jako cudowne przeżycie wspominamy wyjazd do teatru muzycznego w Gdyni na spektakl „Notre dame de Paris”. Moja miłość do tańca i choreografii ma też trudniejszą stronę, czyli łatwo nam wychwycić, jak coś jest kiepskiej jakości, a plakaty krzyczą, że wybitny musical. Nie umiem podzielać zachwytu, kiedy widzę 8 tancerzy na scenie, którzy nie potrafią zatańczyć ani równo, ani do muzyki. Tytuł przemilczę.

TS: Taniec był zawsze moją pasją. Tango argentyńskie i tańce latynoamerykańskie to tańce, których się uczyłam, ale mojemu partnerowi nie starczyło cierpliwości i skończyło się na kilku treningach. Ja po kilku latach wróciłam do salsy i wraz z koleżankami wystąpiłyśmy w projekcie „Taniec bez granic”, w którym brały też udział osoby niepełnosprawne. To było duże przeżycie.

TG: Nie, są to moje pierwsze doświadczenia z formalną nauką tańca. Zdaje się, że to tak, jak z miłością, może przydarzyć się w każdym wieku.

AK: Czy Twój wiek mocno wpływa na naukę stepowania? Jeśli tak to kiedy odczuwasz to najbardziej? 

IOT: Trochę już na to odpowiedział powyżej. Mam 56 lat (skończę we wrześniu). Ponieważ zawsze coś uprawiałam i ćwiczę sama prawie codziennie od lat, to kondycję mam w miarę dobrą. Jestem rozciągnięta, sprawna fizycznie ale mam tyle lat ile mam, więc moja sprawność, a przede wszystkim wytrzymałość i zdolność do szybkiej regeneracji nie jest taka, jak osób w wieku 25 lat czy 36 lat. To czuję. Wykonywanie wysiłkowych ćwiczeń szybko i z dużą liczbą powtórzeń sprawia mi kłopot, bo szybko się męczę i wolniej wracam do sił. Łatwo się domyślić, że pull back’i są dla mnie trudne, bo wymagają dużo siły, szczególnie jak jest się na początku nauki i robi się je mało ekonomicznie czyli używa się dużo więcej siły i energii niż rzeczywiście potrzeba. Z moim wiekiem wiąże się jeszcze to, że nie mam takiej perspektywy nauki czy uprawiania stepu, jak osoby np. 30 letnie, które teraz zaczynają. Z czasem będę przecież miała coraz mniej sił i zręczności. Rzeczywistość jest więc taka, że mistrzostwa nie osiągnę, ale i tak mam mnóstwo frajdy.

TS: Myślę, że ten rodzaj tańca nie ma ograniczeń wieku. Ale na pewno wymaga dużej koncentracji, skupienia i oczywiście czasu poświęconego na treningi. Wiek oczywiście też ma znaczenie, bo nie da się ukryć, że trudniej zapamiętuje się kroki i układy.

TG: Ja mam właściwie jedną zasadniczą trudność – zapamiętywanie elementów choreografii, która pewnie pogłębiła się z wiekiem, ale była moją cechą od kiedy pamiętam. Widzę i zapamiętuję poszczególne kroki tylko przez pewien, dość krótki czas. Potem następuje coś, co może przypominać efekt, jaki znany jest z klubów, w których używa się lampy stroboskopowej. Ruchwidziany przeze mnie nie jest płynny, nie potrafię rozdzielić poszczególnych elementów, krótko mówiąc ogólny misz – masz. Jedynym ratunkiem jest nagrywanie i próby domowego rozkminiania w etapach. Innych trudności nie odczuwam.

AK: Co sprawia Ci największe trudności w nauce stepowania?

IOT: Oczywiście tempo. Wykonanie kilku drobniutkich ruchów szybko. Ale jednocześnie to jest największą przyjemnością. Trudność sprawiają mi też obroty, seria kilku pod rząd, ale to już sprawa mojego, nie najlepiej działającego, błędnika. Jakoś sobie radzimy, choć nie lubimy za bardzo.

TS: Największą trudność sprawia mi szybkość i kolejność zapamiętywania układów. Wynika to z umiejętności jakie się posiada i na pewno z ograniczonego czasu przeznaczonego na trening.

AK: Co w stepowaniu daje Ci najwięcej radości i satysfakcji?

IOT: Wszystko jest dla mnie przyjemnością: ruch, ten konkretny rodzaj ruchu w stepowaniu, rozszyfrowywanie mikro ruchów stopą, by móc je powtarzać szybciej i bardziej finezyjnie, łączenie tego z muzyką, zgrywanie się nas wszystkich w grupie w jeden rytm, patrzenie, jak płynnie i lekko robi to instruktor. Najwięcej frajdy mam, jak stepuję w grupie i pracujemy nad czymś razem i kiedy zaczyna wychodzić. Lubię bardzo ten moment.

TS: Wielką radość sprawia mi pochwała mojej trenerki, wtedy gdy sama jestem z siebie czasami zadowolona i dużą satysfakcję mam gdy publiczność reaguje oklaskami.

TG: Od dwóch lat uczę się stepowania i sprawia mi to ogromną frajdę. Wiedziałam, że jest to taniec niesłychanie techniczny, że wymaga ćwiczeń, ale tak jest przecież z każdym sportem, jak wiadomo trening czyni mistrza. Zaskoczyło mnie natomiast, że ta dyscyplina wymaga tak niesłychanego skupienia, koncentracji i uwagi. Trzeba zostawić wszystkie sprawy przed wejściem do sali i skupić się jedynie na stepowaniu. To robi fantastycznie na głowę! O ciele nie muszę wspominać, bo to jest oczywiste.

AK: Czy masz jakiś tancerzy stepujących, którzy Cię inspirują i są Twoim autorytetem?

IOT: Nie, nie mam. Na wszystkich starych i nowych mistrzów patrzę z zachwytem. W moich oczach są takimi trochę pół-bogami, a ja się mogę cieszyć tym, że stoję na obrzeżu ich świata i czuję, jakie to fajne, bo sama tego ciut ciut dotykam.

TS: Oczywiście moją największą inspiracją jest moja trenerka Anula Kołakowska, lubię też ćwiczyć pod kierunkiem Beaty Kędzi-Sowy, czy Rubena Sancheza.

TG: Póki co moim największym autorytetem jest moja instruktorka. Oczywiście zachwycają mnie tacy steperzy, jak Derick Grant, ale to oczywiście ma tylko związek z wrażeniami estetycznymi, a nie moimi dążeniami.

AK: Czy poleciłabyś stepowanie i dlaczego?

IOT: Poleciłabym, ale nie każdemu. Poleciłabym tylko tym, którzy to czują. Czyli takie trochę jakby przekonywanie przekonanych. Ale wszyscy inni mogą iść na siłownię, bo w stepowaniu nie chodzi o spalanie kalorii tylko o złapanie rytmu i wyrażenie tego finezyjnie stopami. Cudowne jest kontaktowanie się z rytmem. Tylko w stepowaniu tak wyraźnie to czuję.

TS: Polecam stepowanie każdemu, kto choć trochę interesuje się tańcem. Jak widać można go zacząć trenować w każdym wieku. Daje on dużo radości, jednocześnie rewelacyjnie wpływa na koordynację ruchową, na gimnastykę umysłową i powoduje wydzielanie dużej ilości endorfin.

TG: Po trzykroć tak! Poprawia formę fizyczną, świetnie wpływa na psyche, daje radość, możliwość spotkań z miłymi osobami. Czego chcieć więcej?