Go into your dance!

W czerwcu spontanicznie wybrałam się do Londynu – w celu zupełnie innym, niż oddawanie się pokusom West Endu. Uległam jednak. Nie mogłam nie skorzystać i nie pójść na chociaż jeden musical. Tak zatem 13 czerwca za zaledwie ₤16 zasiadłam w VIII rzędzie, by zobaczyć, usłyszeć, przeżyć sławną 42nd Street.

Fabuła musicalu jest przewidywalna. I podobna do innych. Co nie jest niczym dziwnym dla fabuł lat ’30 – musical jest bowiem oparty na powieści i jej filmowej adaptacji z tamtego okresu. Bo też to nie historia – nie tylko historia – czyni musical wyjątkowym.

Uwielbiam swing. Kocham. Musicale z tamtych lat w moich oczach, czy też uszach, mają ogromny plus już na samym starcie za sprawą muzyki. Grana na żywo, w takim wykonaniu, z jakim spotkałam się w Theatre Royal Drury Lane, sprawia, że nie chce się opuszczać sali. A ponad to…

Step. Od początku do końca. Musical przepełniony stepem. Rozbrzmiewa, zanim podniesie się kurtyna. Stepki i nogi tancerzy są pierwszym wizualnym kontaktem widzów z aktorami. Przez taniec nawiązuje się relacja z widownią. W tym momencie zrozumiałam, że wystarczy być widocznym od pasa w dół, by pokazać zarówno siebie w grupie, jak i siebie samego. I jak niezwykłe to jest. Stepowanie zaczyna i kończy ten spektakl – i mój Boże, w jakiż sposób to robi!

Chyba największy problem stanowiła dla mnie obsada, mianowicie Clare Halse, grająca Peggy Sawyer. Bohaterka ta powinna posiadać zjawiskowe umiejętności stepowania, zdecydowanie wyróżniać się na tle innych. Niestety tak nie było. Halse stepuje bardzo dobrze, nie wyprzedza jednak swoich kolegów i koleżanek.

Być może trafiłam na ‘gorszy dzień’. Ale nawet jeśli. Czy ma to aż takie znaczenie, że solistka nie wybija się ponad resztę obsady, gdy ta zdaje się być jednym żywym organizmem, wspólną całością, mechanizmem tętniącym życiem? Precyzja, jedność, a przy tym wyraz, energia, i dbałość o ruch i dźwięk wprawiały w osłupienie. Siedząc tam i patrząc na układy taneczne, przypomniałam sobie, jak wspaniałe i ważne jest bycie ‘razem’. Podziwiałam, jak każdy aktor działa jako część przepięknej maszyny, nie tracąc przy tym swojej osobowości (Graeme Henderson podbił moje serce), i wielbiłam choreografa. Za to, co widziałam i słyszałam, za to, że przypomniał mi piękno prostoty. Bo kombinacje nie były trudne. Za to wyszlifowane tempo, zgranie zespołu i zachwycający efekt pracy, która, jak wiadomo, nigdy się nie kończy: to niewątpliwie powody, dla których nigdy nie zapomnę tego spektaklu. Bardzo chętnie zobaczyłabym go jeszcze nie raz, i za każdym razem nagrodziła wykonawców, jak i realizatorów, owacją na stojąco.

Marzy mi się taka produkcja w Polsce. Nieśmiało marzę o roli w takiej produkcji. Oby nasza stepująca rodzinka rozwijała się tak dalej, a być może pewnego dnia sami staniemy się taką jedną, potężną maszyną; żywą, energiczną, szczęśliwą z tego, co robi, i precyzją w prędkości sprawiającą, że widzowie zbierają szczęki z podłogi!

autor: Katarzyna Sambierska, Tip Tap