Czy można stepować z wadą słuchu?

Dwa lata temu przyszła do mnie na zajęcia stepowania Weronika, studentka surdopedagogiki. Powiedziała, że ma głęboką wadę słuchu i słaby wzrok, ale że bardzo chciałaby się nauczyć stepować. Nie wiedziałam jak nasza praca będzie wyglądała, ponieważ dotąd nie miałam ucznia z tak dużą wadą słuchu, ale od początku widziałam jej zapał i chęć nauki. Ćwiczyła w domu, szybko robiła postępy, a kroki zapamiętywała szybciej niż większość uczniów. Ja nauczyłam się mówić wyraźniej, głośniej, więcej pokazywać rękami, wyklaskiwać rytmy, a Weronika znalazła dla siebie miejsce na sali gdzie widzi i słyszy mnie najlepiej. Pomimo dodatkowych trudności np. z równowagą świetnie stepuje, występuje z grupą na naszych koncertach i wykazuje zainteresowanie stepowaniem jak mało kto – pożyczyłam jej już chyba wszystkie książki o stepowaniu jakie miałam. Ostatnio powiedziała mi, że stepowanie odmieniło jej życie – czuję, że jej obecność odmieniła też moje.

Od lewej: Weronika Gozdalik i Martyna Jankowska podczas przygotowań do Gali Jubileuszowej V-lecia Tip Tap
fot. Piotr Zacheja

Anula Kołakowska: Powiedz jak zaczęła się Twoja historia ze stepowaniem? Dlaczego akurat ta technika taneczna zainteresowała Cię najbardziej?

Weronika Gozdalik: Długa historia. Czy ciekawa, nie wiem, ale opowiem tak w skrócie. Jako ośmiolatka zakochałam się w filmie „Happy Feet”. Nie wiedziałam długo, co ten pingwin właściwie tam robił, ale spodobało mi się to, więc intensywnie o tym myślałam. Minęło kilka lat i wyrosłam na doświadczonego użytkownika Internetu. Chłonęłam stepowanie jak gąbka, znalazłam też Twoją szkołę Tip Tap, ale problem był jeden – mieszkałam za daleko od Warszawy. I w końcu, zamiast iść na studniówkę, poszłam do teatru na „Lekcje stepowania”. Po spektaklu (oczarowana) zrobiłam wszystko, żeby tylko zacząć stepować u Ciebie. Potem na raz zdarzyło się milion zbiegów okoliczności i – trafiłam na salę o wiele wcześniej, niż planowałam.

AK: Wiem, że masz wadę słuchu, powiedz jak duży jest to ubytek słuchu?

WG: Gdybym chciała to określić fachowym językiem, to mój ubytek zalicza się do stopnia głębokiego. Znaczy to mniej-więcej tyle, że bez aparatów i innych „wspomagaczy” nie jestem w stanie usłyszeć praktycznie nic. Nie słyszę mowy, telefonu, szczekającego psa, większości instrumentów… Usłyszałabym dopiero z bliska wrzask, samolot czy młot pneumatyczny.

AK: Z tego co wiem, na co dzień nosisz aparat słuchowy. Czy zakładasz go też na zajęcia stepowania?

WG: Tak nie jeden, a dwa. Z tym że to zupełnie różne urządzenia. Aparat słuchowy w jednym uchu po prostu pogłaśnia mi dźwięk, a implant ślimakowy w drugim uchu jest już urządzeniem bardziej zawansowanym. Pokrótce: na zewnątrz (na uchu) widać procesor mowy, który zbiera dźwięki z otoczenia, analizuje je i przetwarza na impulsy elektryczne. Potem te impulsy idą kabelkiem do cewki. Cewka trzyma się na włosach dzięki temu, że do czaszki mam przymocowany magnes z częścią wewnętrzną. A najgłębiej, w ślimaku, mam 12 elektrod, które mają zastąpić tysiące komórek. Z tego powodu nie słyszę tak samo, jak słyszący ludzie, to zupełnie inny dźwięk. Ale… nie zmienia to faktu, że aparat i implant nazywam swoimi „uszami”. Moje naturalne to mi najczęściej służą już tylko do ozdoby.

AK: Zastanawiam się czy regulujesz jakoś głośność w aparatach? Przecież podczas lekcji stepowania gdzie jest kilkanaście osób jest bardzo głośno i to natężenie dźwięków jest dużo większe niż w codziennych sytuacjach.

WG: Na zajęciach akurat nie. Postępuję zero-jedynkowo. Jest komfortowo – trzymam „uszy” włączone. Pojawia się dyskomfort – wyłączam je lub zdejmuję. Z tym że dyskomfort to niestety słabe określenie. Moje urządzenia (jak na elektronikę przystało), mówiąc kolokwialnie, często nie łapią. Zdarza się to, kiedy grupa jest duża, tańczymy szybko i nie do rytmu.  Wtedy każdy dźwiękowy impuls, który do mnie dociera, czuję tak, jakby ktoś wbijał mi w głowę coś ostrego i uderzał w nią jednocześnie. Uczucie kiepskie, ale łatwo się go pozbyć.

AK: W jaki sposób pracujesz na zajęciach stepowania? Jak słyszysz dźwięki? Jak je odczuwasz? Jak uczysz się nowych kroków?

WG: Bardzo rzadko się nad tym zastanawiam. Po prostu korzystam ze wszystkiego, z czego się da i szukam ciągle nowych sposobów na to, żeby sobie radzić. Poza głuchotą mam też słabowzroczność (widzę ok. 25% tego, co ludzie dobrze widzący), wiec nie ukrywam, że sytuacja nie jest łatwa. Mam te swoje „uszy”, ale nie wyłapuję wszystkiego. Weźmy jakieś przykładowe zdanie związane ze stepem. Taką informację odbieram uszami: „Przy f__ k__ __in__a być __ź__, inaczej tr__ __ przy__ć ”. Dodajmy do tego sytuację, w której Ty jako instruktor masz jasne buty i jasne spodnie, więc Twoje nogi zlewają mi się z podłogą. Nie do końca wtedy wiem, o co chodzi. Muszę kombinować i analizować sytuację na wszelkie sposoby. Patrzę na innych: aha, robią flapy. To też je robię. Bywa też, że przesadnie pokazujesz coś całym ciałem, żeby podkreślić, co mamy robić. Najczęściej wtedy się domyślam, o jakiej technicznej rzeczy mówisz. W powyższym przykładowym zdaniu chodzi o rozluźnioną kostkę. Co dalej: przed wykonaniem jakiejś kombinacji czy ćwiczenia często wyklaskujesz tempo lub rytm, dzięki temu wiem, kiedy robimy szybko, kiedy wolno. Wracając do zdania – załóżmy, że z każdym powtórzeniem narzucasz coraz szybsze tempo. Im więcej próbuję i kombinuję, zaczynam po prostu czuć i się domyślać – nie da rady flapów zrobić szybko, dopóki nie rozluźni się kostki. Tak to właśnie wygląda –  zajęcia to dla mnie czas dogłębnej analizy i syntezy tego, co dzieje się wokół mnie. Oczywiście to nie zawsze działa. Czasem czegoś nie pokażesz (np. czy prawa czy lewa), nie skupię się wystarczająco albo jeszcze coś innego i po prostu nie wiem, co robimy. Jak mogę, to pytam, a jak nie wyłapię, że w ogóle coś mamy robić, to – sama raczej widzisz –  staję i… stoję, no bo co innego. 🙂

AK: Ciekawa jestem czy jest dla Ciebie jakaś różnica pomiędzy dźwiękami niskimi i wysokimi? Czy któreś słyszysz lepiej lub gorzej?

WG: Jak jeszcze mój niedosłuch był mniejszy (i nie miałam implantu), miałam bardzo rzadki typ niedosłuchu – słyszałam lepiej wysokie częstotliwości niż niskie. Z tego powodu nawet jeśli implant ustawiony jest tak, żebym odbierała dźwięki wysokie i niskie z tym samym natężeniem (czyli głośnością), mój mózg ma problem z analizą niskich dźwięków.

AK: Pamiętam, że przed jednym z występów poprosiłaś mnie, żebym Ci policzyła kiedy wyjść zza kulis bo nie słyszysz muzyki. Jak to dokładnie odczuwasz i w jaki sposób stepujesz choreografie z muzyką, słyszysz ją?

WG: Zasadniczo nie. Zdarzają się jakieś pojedyncze utwory, które gdzieś tam jestem w stanie wyłapać, ale na ogół słyszę tylko dźwięki blaszek. Jeśli jest jakaś muzyka, którą słyszę, to nigdy w momencie, kiedy stepujemy. Albo jedno, albo drugie. Nie jestem w stanie ze sobą połączyć tych dźwięków.

AK: W jaki sposób w takim razie odczuwasz muzykę, dźwięki, rytmy, jakimi zmysłami?

WG: Wszystkimi. No… może poza smakiem. Ale nawet węch ma tutaj swój czynny udział. Pedagogicznie rzecz ujmując, zachodzi u mnie kompensacja, czyli zastępuję lub uzupełniam innymi zmysłami to, czego nie dostarcza mi wzrok i słuch. Najłatwiej będzie mi to przekazać na konkretnych sytuacjach. Wchodzę na salę, od razu czuję jej zapach. Przy remontach trochę się zmienia, ale jakiś pierwiastek zawsze zostaje ten sam. Kojarzę go konkretnie z zajęciami, więc automatycznie nastawiam się na inny tryb działania – maksymalne skupienie na każdym szczególe, który do mnie dociera. Jak wspominałam wcześniej, całe szczęście słyszę dźwięk blaszek, a to daje solidną podstawę. Swoją resztą wzroku próbuję uzupełnić to, co słyszę o to, co mamy robić ze stopami i resztą ciała. Różnie tu bywa, ale bardzo pomaga mi zmysł dotyku. Często nie dostrzegam różnicy między np. stepem i stompem, ale mogę ją poczuć wibracjami z podłogi – odczucia wibracji są zupełnie inne. Wcześnie mówiłam, że nie słyszę muzyki, ale znowu, czuję ją. Mało kto wie, że ludzkie ciało jest świetnym przewodnikiem fal dźwiękowych. Dźwięki od około 50 dB (jest to głośność np. normalnej rozmowy) nieustannie przechodzą przez nasze kości. Ludzie słyszący czują zazwyczaj tylko głośne dźwięki, bo przy „normalnych” skupiają się bardziej na tym, co słyszą. Jeśli chodzi o zapamiętywanie, to mam jeden problem. Osobno zapamiętuję ruchy ciała i rytmy. Te pierwsze idą mi wolniej, mimo że jestem kinestetykiem, a te drugie zapamiętuję od razu. Wykorzystuję tutaj coś, co na co dzień jest w pewnym sensie moim „przekleństwem” – szumy uszne. Non stop słyszę w głowie dźwięki, które są wytworem mojego mózgu. Nie da się ich pozbyć, co jest to bardzo uciążliwe, ale… nie na zajęciach. Mam specyficzne szumy, bo nie są to piski i szmery, jak zazwyczaj, a tzw. muzyczne szumy uszne. Znaczy to tyle, że są zmienne i mogą przyjmować różne postaci, nawet dźwięków, których nigdy w życiu nie słyszałam realnie. Podczas słuchania, jak pokazujesz nam na zajęciach jakiś rytm, w głowie automatycznie tworzy mi się specyficzna melodia. Jest połączeniem dźwięku blaszek z moimi „osobistymi” dźwiękami. Te melodie bywają tak śliczne, że aż szkoda, że słyszę je tylko ja… W każdym razie – moje zmysły pracują na pełnych obrotach. Mam jeszcze dużo innych „mechanizmów pomocniczych”, ale nie będę o nich opowiadać, bo już i tak zrobiło się długo. Co ważne, pod koniec zajęć mój mózg jest wyczerpany, dlatego cieszę się, że zazwyczaj już nie robimy niczego nowego.

AK: Co sprawia Ci największą trudność  w nauce stepowania?

WG: W stepowaniu zdecydowanie niezbyt idzie mi z równowagą. Wzrok i słuch to dwa elementy z trzech, które umożliwiają człowiekowi zachowanie równowagi, stąd tyle problemów. Trudno mi jeszcze o swobodę w tańcu. Jeśli chodzi o naukę stepowania, to mimo wszystko najgorszy jest brak dostępu do pełnych informacji. Długo zajmuje mi „przyswojenie” nowego instruktora, nie słyszę na zajęciach dokładnych instrukcji, jakichś anegdot czy opowieści. Nie mam też możliwości w pełni uczestniczyć w życiu społecznym tancerzy stepujących, a to ważne. Smuci mnie to bardzo, ale i tak staram się korzystać, ile tylko się da.

AK: Ja uwielbiam stepowanie za dźwięk i wolność, którą nam daje w przekazie rytmu i ruchu. Czy jest coś co Ty lubisz w stepowaniu najbardziej i dlaczego?

WG: Swobodę. Tańczyłam różne style i najczęściej obowiązywały jakieś sztywne ramy. Co mi się jeszcze podoba, to to, że wcale nie trzeba stepować do muzyki. Wydaje mi się, że niewielu jest tancerzy decydujących się na taniec acapella, ale moim zdaniem to naprawdę świetna forma stepowania. Zdaje się dość trudna, bo groove trzeba wziąć i utrzymać z „wnętrza” – nie ma zewnętrznego bodźca, który by „prowadził” tancerza. Skrycie marzę, że właśnie w tym kierunku będę mogła kiedyś podążyć. W głębi czuję, że to jest to. Bo w końcu moim wewnętrznym melodiom nic już nie przeszkadza. 🙂